O autorze
„Mama na huśtawce” to blog pisany przez trzy kobiety – Gabrielę, Paulinę i Karolinę, które są pracującymi matkami, współwłaścicielkami Femmeritum i Wyspy Dzieci. Gabrysia ma troje dorosłych dzieci, jest też babcią i socjoterapeutką w zakładzie poprawczym. Paula wychowuje dwójkę swoich maluchów i próbuje połączyć aktywne życie rodzinne z pracą we własnej firmie, jej pasją jest coaching. Karolina ma trzy córeczki (najmłodsza z nich rozwija się z opóźnieniem i choruje na padaczkę), pracuje zawodowo oraz prowadzi społecznie Fundację Stefanka działającą przy szkole podstawowej na Saskiej Kępie.
Gabriela, Paulina i Karolina, mamy na życiowej huśtawce, będą opisywać na tym blogu różne aspekty swojego życia.

Strach rodziców ma wielkie oczy

Fot. Shutterstock
Jak co roku rozpoczęła się rekrutacja do klas pierwszych szkół podstawowych a wraz z nią ogólna histeria i debata – czy sześciolatki powinny pójść do szkoły czy też nie? Nie będę tu pisać o moich osobistych doświadczeniach z moimi sześciolatkami. Opowiem o moich doświadczeniach z rodzicami kandydatów do klas pierwszych.

Z racji bycia prezesem fundacji działającej w jednej z państwowych szkół podstawowych na Saskiej Kępie, co roku uczestniczę i opowiadam o naszej fundacji na zebraniu dla rodziców, którzy pragną posłać swoje dzieci do naszej szkoły. Zazwyczaj stoi przede mną tłum dorosłych osób, na których twarzach maluje się strach i przerażenie:



- czy dziecko poradzi sobie w szkole?
- czy ubikacje będą dostosowane do małych sześciolatków?
- czy szkoła nie jest areną dzikich, nieokrzesanych, stworzeń, które rządzą się prawem dżungli?
- czy starsi uczniowie nie zjedzą mojego małego dziecka?
- czy moje dziecko dostanie się do tej szkoły?

Stoją przede mną prawnicy, lekarze, menadżerowie oraz przedstawiciele innych zawodów, którzy w pracy niczego się nie boją, a tu cali w obawach prawie obgryzają paznokcie.

Po drugiej stronie stoją nauczyciele, którzy również mają swoje strachy – Ci z kolei boją się roszczeniowych, agresywnych rodziców, którzy jak tylko już dostaną się do naszej szkoły rozpoczną swoją krucjatę żądań i zażaleń.

Do czego to prowadzi? Na pewno nie do współpracy, tworzenia nowej jakości edukacji. Nie możemy budować naszych stosunków na strachu i nieprawdziwych wyobrażeniach (większość tych wszystkich obaw budujemy na podstawie swoich przykrych doświadczeń z szkolnych lat dzieciństwa).

Od sześciu lat działam w naszej szkole i mozolnie staram się obalić mury dzielące nauczycieli i rodziców, zlikwidować strach i wzajemną podejrzliwość oraz nieufność. Budowanie dialogu nie jest łatwe – mamy trudne doświadczenia i wspomnienia, ale przy odrobinie zaufania i otwarcia się na innych możemy wszyscy na tym skorzystać. A najwięcej skorzystają na tym nasze dzieci.

Na koniec, aby pokazać, że sama nie jestem wolna od rodzicielskich strachów zacytuję ostatni dialog z moją córką, która w tym roku zdaje egzaminy do gimnazjum.

Przy kolacji Ula opowiada swoje wrażenia z dnia otwartego w jednym z gimnazjów na Pradze Północ (ta straszna dzielnica, gdzie biegają niedźwiedzie, i my mieszkańcy z Saskiej Kępy się jej boimy…):

- Wiesz mamo, poszłam do łazienki w tej szkole, a tam w koszu na śmieci znalazłam test.
- Test??? Jaki test? Ciążowy???
- Nie mamo, test z matematyki. O zobacz, wyjęłam i wzięłam go sobie do domu.
- Aha, test z matematyki, ufff

Strach ma wielkie oczy :-)

A co sądzi Szymon Majewski o posyłaniu sześciolatków do szkoły?

Karolina Andrian
Trwa ładowanie komentarzy...